Nie przegap
Strona główna » Felietony » Najlepsze miejsce na świecie? Na końskim grzbiecie!

Najlepsze miejsce na świecie? Na końskim grzbiecie!

Ja na mojej pierwszej klaczy arabskiej Olivia Tuchów 2013 rok

Polacy zawsze mieli zamiłowanie do koni. Nawet jeżeli sami nigdy nie siedzieliśmy na końskim grzbiecie, to jednak duch rycerski gdzieś w nas jest. Najpiękniejsze na świecie araby hodują …Polacy! Po kilkudziesięciu latach komunizmu, a potem tzw. realnego socjalizmu, gdzie jeździectwo było uważane za pańską fanaberię, konsekwentnie, rok po roku zaczyna się odradzać. Zaraz po wojnie, w początkowych latach stalinizmu, był nawet taki pomysł aby posłać do rzeźni wszystkie konie arabskie z najlepszych polskich hodowli jako symbol dawnej szlacheckiej Polski. Na szczęście nie doszło do tego, za sprawą wojskowych, którzy lubili jeździć konno. Ideologiczne zaślepienie minęło i wspaniała, znana na cały świat hodowla koni arabskich w Janowie przetrwała.

Obecnie jeździectwo staje się coraz bardziej powszechnie dostępną formą rekreacyjnego spędzania wolnego czasu. Nie koniecznie trzeba dosiadać konia o wartości miliona dolarów, aby przeżyć wspaniałą przygodę. Na naszym terenie chętni do kontynuowania tradycji jeździeckich mogą się uczyć w Jasieniu u Pani Joanny Duch-Tabiś, która końmi zajmuje się od dziecka i jest prawdziwym pasjonatem. Uczyć się u takiego nauczyciela, który swojego powołania nie traktuje jak tylko pracę czy biznes, tylko właśnie pasję, to prawdzie szczęście.

Urodziła się 2 września 1989 roku. Pierwsze lata życia spędziła w Jasieniu mieszkając z dziadkami którzy mieli, jak na tamte czasy, średniej wielkości gospodarstwo: 2 krowy cielaki, kury, parę świnek i jeden koń zamiast mechanizacji. Ten koń, to był szlachetny, gniady wałach z gwiazdką na czole, miał na imię Berek. Był z dziadkiem do końca, aż do roku 2001, kiedy to padł ze starości. Dziadek nie lubił pogrubianych koni, gdyż mówił, że trzeba hodować konie wojskowe. One tylko oddają pełen urok i emanują siłą do pracy. Dziadek Stefan Biernat, który pochodził z Ostrowa Królewskiego, gdzie konie były z pokolenia na pokolenie, nauczył ją kochać i patrzeć na piękno i spokój jaki niosą ze sobą konie. Można patrzeć na nie godzinami jak galopują po pastwisku. Nauczył też wnuczkę pracy na roli, koszenia kosą, orki, bronowania, radlenia, itd. – wszystkiego tego co potrzeba aby dobrze uprawiać ziemię. Często dosiadała Berka, który znał tylko prace w zaprzęgu i – niestety – niewiele potrafił. Ambitna dziewczynka chciała jednak czegoś więcej i tak trafiła do Jodłówki, do powszechnie znanego w całym regionie Pana Juliana Kielana. Tam mogła uczyć się profesjonalnej jazdy w siodle korzystając z różnych koni w sporym, bo liczącym ok. 18 sztuk stadzie. Szybko więc przybywało umiejętności i doświadczenia jeździeckiego.

Konie były dla niej całym życiem, jak mówi: uwielbiałam ich zapach i przebywanie z nimi. Zawsze kierowały moim życiem. Pod ich wpływem dokonywałam zawsze dobrych wyborów. Dlatego nie miałam żadnych rozterek związanych z tym jaką szkołę wybrać. Po ukończeniu Gimnazjum nr 2 im. Janusza Korczaka w Brzesku dostałam się do wymarzonego Technikum weterynarii. Wtedy musiałam dokonać pierwszego wyboru, bo dostałam się do Nowego Targu gdzie praktyki były przy owcach i równocześnie dostałam się do Ryglic gdzie praktyki były przy koniach huculskich których wówczas nie znałam, a dziś za nimi nie przepadam ze względu na ich charakterność. Wybór był jasny! Ryglice i konie! Tam poznałam wielu wspaniałych ludzi m.in. Panią trener pochodzącą z Czech a mieszkającą na stałe w Polsce Lenę Wagner z którą współpracuję po dziś dzień. Zajeżdża mi młode konie, które do niej wysyłam. Wracają perfekcyjnie zrobione i przygotowane do pracy pod siodło. Tam też poznałam wielu przyjaciół rozsypanych obecnie po całej Polsce za swoją pracą zawodową. Zawsze jednak utrzymujemy dobry kontakt telefoniczny.

Mieszkając w Ryglicach 4 lata w internacie, blisko związałam się z Tuchowem, który zaraził mnie pierwszym organizowanym przez Państwa Sajdaków HUBERTUSEM w 2006 roku. Wtedy poznałam reguły i jak na prawdę wygląda to święto. Wcześniej słyszałam o nim tylko z opowieści. Teraz Hubertus Tuchowski wpisany jest na stałe w mój kalendarz – co roku 3 listopada jestem w Tuchowie. Zabieram też młodych uczniów z mojej stajni, by utrwalać
w nich zwyczaj czczenia Św. Huberta – Patrona Jeźdźców i Myśliwych.

Marzy mi się aby w Brzesku też odbywały się coroczne Hubertusy na 70 parę koni, z uśmiechem i życzliwością jeźdźców z śpiewem i muzyką defilada przez miasto, gonitwa, zawody a potem bal w lokalu, tak jak jest w Tuchowie od 12 lat. Kto wie, może kiedyś w Brzesku będzie taka impreza, marzenia się spełniają – wiem, że tak jest. Przyjdzie taki czas, że w Brzesku powstanie prężne środowisko koniarzy i zrobimy wspaniałe wydarzenie, które na stałe wejdzie do kalendarza imprez.

Po ukończeniu technikum, kolejny etap mojego życia, dalej związany z końmi, zaprowadził mnie do Lublina na Akademię Rolniczą, na Wydział Zootechniki o specjalności Hodowla Koni i Jeździectwo. Wtedy siła posiadania własnego konia przewyższała niechęć rodziców i wszystkich którzy tłumaczyli mi: poczekaj z tym aż się ustatkujesz, skończysz studia, będziesz mieć pracę. Coroczne wakacyjne wyjazdy do pracy za granicę i zapisanie mi prawie hektara ziemi w Jasieniu przez mojego dziadka, musiało wreszcie doprowadzić do realizacji marzenia, to się po prostu wreszcie musiało wydarzyć – pierwszego konia kupiłam 30 grudnia 2011 roku w pobliskim stadzie w Dąbrówce. Oczywiście musiał być to Arab! Piękna mleczno siwa klacz z doskonałym Janowskim pochodzeniem. Dlaczego arab? Te konie posiadają wszystko co wspaniałe: charakter, wygląd, ruch, dzielność i wytrzymałość. Mają starą udokumentowaną historię, jak trafiały do Polski jako łupy wojenne. I to od nich wywodzi się wiele polskich ras, były używane do uszlachetnienia naszych rodzimych koni. Dziadek mój pomysł poparł i bardzo się mu podobał mój wybór.

Mój Kochany dziadek który wspierał mnie do ostatnich chwil zmarł w wieku 94 lat w lipcu 2016 roku

Mówi się, że jeden koń bez stada hoduje się źle, więc po towarzystwo dla Olivii pojechałam do miejscowości Reszkowce, aż 900 km od Brzeska, do stada małopolskich anglo-arabów w typie Shagya, w których się zakochałam, u Państwa Urszuli i Jerzego Nideckich. Kupiłam u nich 2 letnią klacz Gniada, bez odmian, niezwykle żeńską klaczkę, mocną, urodną z pięknym wydajnym ruchem. Do tych dwóch klaczy, które początkowo stały w pensjonacie, i które potem przewiozłam do nowo wybudowanej stajni 10 kwietnia 2013 roku w Jasieniu, dołączyła wówczas 19 letnia Wilga – jedyna ocalała po śmierci Pana Juliana Kielana klacz ze stada w Jodłówce. Nie mogłam nie pomóc w ocaleniu tej klaczy, gdyż w dzieciństwie marzyliśmy z koleżankami o jakiejkolwiek klaczy z tej stajni. Pan Julian wtedy nigdy nie chciał słyszeć o sprzedaniu którejkolwiek klaczy, gdyż był bardzo do nich przywiązany. Wilga odwdzięczyła mi się dając wspaniałego Ogierka o imieniu Witally JDJ.

We wszystkim co robiłam zawsze mogłam liczyć na mojego dziadka. Każdy powinien mieć w życiu takiego wspaniałego dziadka jakiego ja miałam szczęście mieć, i który wspierał mnie do ostatnich chwil. Niestety, zmarł w lipcu 2016r. w wieku w wieku 94 lat.

Na jego pogrzebie nie mogło zabraknąć konia, dlatego w ostatnią drogę odprowadził go mój wówczas 3 letni ogierek Witally który urodził się na moich i dziadka rękach.

…a ostatnią drogę odprowadził go mój wówczas 3 letni ogierek Witally , który urodził się na moich i dziadka rękach

Pięknie się zaprezentował na pogrzebie. Uczestnicy mówili, że nie mieli zamiaru płakać, bo w końcu odszedł człowiek spełniony, który przeżył już wszystko co miał przeżyć. Ale kiedy trumna opuszczała drzwi kościoła, a koń stojący na zewnątrz u progu donośnym głosem zarżał kilka razy – wtedy ludzie nie wytrzymali i tak poleciała lawina płaczu żałobników.

Z roku na rok przybywa też adeptów jeździectwa. Obecnie w Jasieniu szkoli się ok. 30 osób z całego regionu.

W minionym roku 3 osoby szkolone pod moim kierunkiem, zdały na brązowe odznaki jeździeckie PZJ (Polskiego Związku Jeździeckiego) startują na zawodach regionalnych w skokach przez przeszkody w Klikowej, brały udział w tegorocznym cyklu Klikowa-Jasień-Skrzyszów.
Uczniowie przyjeżdżają z daleka m.in. Borzęcina, Szczurowej, Dębna, ale są i tutejsi z Brzeska. Dużo jest mieszkańców bloków, których rodzice bardzo cieszą się i dopingują dzieci, bo wolą aby aktywnie spędzały czas na treningach niż wałęsając się pod blokami. Ciekawe, że choć się wydaje że jeździectwo to taka męska, kawaleryjska, wojskowa umiejętność, to trenują je w zdecydowanej większości dziewczyny.

Jeździectwo nie ma barier wiekowych. Mamy dzieci, które oprowadzamy w wieku 3 lat i mamy panie w wieku powyżej 40 lat, które dopiero zaczynają i idzie im bardzo dobrze. Niektóre panie przyznają że zainteresowały się jeździectwem, bo zalecił im to lekarz jako kurację na kręgosłup. Nigdy nie myślały że jest to tak fajny i bardzo aktywny rodzaj spędzania wolnego czasu, bo jednak jazda konna wymaga od jeźdźca używania wielu partii mięśni. Ale gdy ciało już się przyzwyczai, to pozostaje sama przyjemność galopowania na końskim grzbiecie. Co roku mamy warsztaty jeździeckie na których tłumaczę budowę konia, jego predyspozycje, jak i dobór odpowiedniego rzędu, czyli siodła i ogłowia. Od 2013 roku odbywają się ferie w siodle z kuligami i ogniskiem. W lecie półkolonie na których można się nauczyć nie tylko jazd, ale też całej obsługi stajni jak i pracy przy koniach. Jeździectwo to bardzo wychowawczy sport. Koń ma swój charakter i jest dużym zwierzęciem. Wymaga więc odpowiedniego obchodzenia się z nim – wymaga respektu. Chętni uczą się więc nie tylko jazdy, ale również odpowiedniej pielęgnacji konia. To bardzo ważny element szkolenia.

W ten sposób młody człowiek uczy się odpowiedzialności i sumienności. Koń to nie jest zabawka którą się dostarcza gotową bo ktoś płaci i wymaga. Konia trzeba po jeździe rozsiodłać, wyczyścić i odprowadzić na miejsce. Trzeba się nauczyć odpowiednio koło niego chodzić. To dobra szkoła odpowiedzialności. Tak zawsze było u Pana Juliana Kielana i nikt się temu nie dziwił. Dzisiaj czasy się jednak trochę zmieniły. Nie wszyscy mają chęć zajmować się koniem i wolą żeby im wszystko przygotować. Ci którzy jeździectwo traktują poważnie, chcą również sami nauczyć się odpowiedniej pielęgnacji konia. To w dużym stopniu ułatwia potem wzajemne porozumienie jeźdźca i konia. Trzeba wiedzieć, ze w zawodach zawsze startuje para: jeździec i koń. Od ich wzajemnej współpracy zależy ostateczny sukces. Koń to nie jest sprzęt, tylko partner w zespole.

Staram się też aby moi uczniowie weryfikowali swoje umiejętności u innych trenerów, bo najważniejszy jest rozwój i wzrastanie. Korzystamy z pomocy Pani Trener Leny Wagner. Jeździmy do innych stajni by podglądać ich pracę. W minionym roku byliśmy w największej stajni w Krakowie KJK Szary Michałowice. W tym roku odwiedziliśmy Michałów koło Pińczowa gdzie jest ponad 500 koni. Dzieci podglądały prace mastalerzy, sposób dbania o konie, poznawały tajniki dotyczące prawidłowego żywienia jak i pielęgnacji. Uważam że zawsze warto poświęcać czas dzieciom i młodzieży. Szkoląc ich możemy zmieniać myślenie że zwierzęta to nie rzeczy.

Moje konie startowały w ponad 10 czempionatach. Co roku przychodzą na świat nowe źrebięta. Moim mentorem i doradcą w kwestii hodowlanej m.in. doborów ogierów do danych klaczy stał się Hodowca z pobliskiej Pleśnej Pan Michał Kuczera który wyhodował obecnego Czempiona Polski.
W niedługim czasie przenosimy się z Jasienia do Mokrzysk. Tam będą o wiele lepsze warunki zarówno dla hodowli koni, jak i pracy szkoleniowej.


Joanna Duch-Tabiś
(spisał Jan Waresiak)