Męczeństwo ojca Bartłomieja Czosnka z Bielczy i ocalenie jego bratanicy. Historia z czasu zbrodni wołyńskiej

Historia ojca Bartłomieja Czosnka, karmelity pochodzącego z Bielczy (Gmina Borzęcin), jest świadectwem dramatycznych losów polskiego duchowieństwa w czasie II wojny światowej. Kapłan został w marcu 1944 roku brutalnie zamordowany przez ukraińskich nacjonalistów w Bołszowcach na Kresach Wschodnich, ponosząc męczeńską śmierć po okrutnych torturach. Po ponad ośmiu dekadach pamięć o nim wciąż trwa dzięki rodzinie oraz świadectwu jego bratanicy Marii Bąk, która jako dziecko ocalała z czasów ludobójstwa dokonywanego na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.
Zapraszamy do lektury artykułu przygotowanego w związku z 82. rocznicą męczeńskiej śmierci ojca Bartłomieja Czosnka. Stanowi on jeden z efektów spotkania pracowników Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Brzesku z panią Marią Bąk oraz jej synami – Henrykiem i Mirosławem Bąkami, a także ich kuzynem Adamem Bąkiem. Celem spotkania było zarejestrowanie materiału wspomnieniowego dotyczącego niezwykle trudnych wydarzeń z okresu II wojny światowej.
Związane z tym materiałem fotografie oraz nagrania filmowe zostaną włączone do zbiorów regionalnych biblioteki i przysłużą się upamiętnieniu osób oraz historii związanych z lokalną społecznością.
—
Zgodnie z oficjalnymi i powszechnie dostępnymi ustaleniami badaczy, podczas II wojny światowej śmierć poniosło około trzech tysięcy polskich duchownych, co stanowi niemal dwadzieścia procent przedwojennego duchowieństwa. Pamięć o wielu z nich – księżach, siostrach i braciach zakonnych, nierzadko w bestialski sposób zamordowanych – mimo upływu lat wciąż jest pielęgnowana i przekazywana kolejnym pokoleniom. W niektórych jednak przypadkach strzępy informacji i okruchy wspomnień są nadal zbierane, a opowieść o tych, którzy byli i zginęli, trwając do końca przy tym, w co wierzyli, nie została jeszcze w pełni opowiedziana. Dlatego każdy nowy ślad wygrzebany z mroku przeszłości, wspomnienie lub fotografia, pozwalają lepiej zrozumieć ich historię i przyczyniają się do ocalenia jej od zatarcia.
Dziewięćdziesięcioletnia Maria Bąk (z domu Czosnek), przy wsparciu swoich synów Mirosława i Henryka Bąków oraz ich kuzyna Adama Bąka, dokłada starań, aby przywrócić do powszechnej pamięci historię jej stryja, ojca Bartłomieja Czosnka, którego ofiarna posługa została brutalnie przerwana w czasie II wojny światowej.
Kiedy pani Maria przyszła na świat w 1935 roku, w roku śmierci Józefa Piłsudskiego, jej stryj właśnie przyjmował święcenia kapłańskie. Podobnie jak ona urodził się w nieodległej od Brzeska Bielczy, tyle że jeszcze w czasach austro-węgierskich, dwadzieścia cztery lata wcześniej. Z aktu urodzenia wynika, że miało to miejsce dokładnie 25 czerwca 1911 roku.
O stryju Piotrze, bo tak brzmiało jego imię, zanim wstąpił do zakonu, pani Maria zachowała kilka wspomnień. Nie ma ich jednak wiele, ponieważ gdy jeszcze żył, była bardzo małą dziewczynką. Na pewno pamięta jego brązowy habit, brązowe oczy oraz to, że w rodzinie opowiadano, iż już jako dziecko wiedział, że chce zostać kapłanem. Kiedy spojrzymy na jego drogę życiową, można znaleźć potwierdzenie tych słów. Po odebraniu pierwszej edukacji w Bielczy oraz po kilku latach spędzonych w brzeskim gimnazjum, mając zaledwie piętnaście lat wstąpił do Zakonu Karmelitów. Rok później, w 1927 roku, złożył pierwsze śluby zakonne. Jak można przeczytać w krótkich biogramach ojca Bartłomieja, publikowanych przede wszystkim w opracowaniach poświęconych martyrologii polskiego duchowieństwa podczas II wojny światowej, odbył on studia filozoficzno-teologiczne we Lwowie i w Krakowie. Uważano go za kleryka wybitnie zdolnego, dlatego powierzono mu prowadzenie wykładów dla studentów. Bardzo szybko opanował również łacinę, którą posługiwał się na ponadprzeciętnym poziomie.
Po przyjęciu święceń kapłańskich ojciec Bartłomiej Czosnek został skierowany do domu zakonnego w Woli Gułowskiej, niewielkiej miejscowości położonej około 70 km na północ od Lublina. W czasie okresu posługi na Lubelszczyźnie pełnił funkcje wikariusza, wiceprzeora i proboszcza. Po wybuchu II wojny światowej Wola Gułowska stała się miejscem walk Polaków z Niemcami i stanowiła ważny punkt bitwy pod Kockiem – ostatniej bitwy kampanii wrześniowej, stoczonej przez bohaterskich żołnierzy dowodzonych przez generała brygady Franciszka Kleeberga. Jednym z najbardziej dramatycznych epizodów tamtych wydarzeń była walka o zajęte przez Niemców sanktuarium w Woli Gułowskiej, które ze względu na swoją architekturę i położenie stanowiło dla nich dogodny punkt strategiczny. Jak możemy przeczytać w „Słowniku biograficznym duchowieństwa metropolii lwowskiej obrządku łacińskiego ofiar II wojny światowej”, miejscowa ludność była poddana surowym represjom ze strony niemieckiego okupanta. Niedługo po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej na tamtych terenach zaczęła działać również partyzantka radziecka, która miała nieustannie nękać ojca Bartłomieja, przez co był on zmuszony opuszczać klasztor na noc.
W związku z decyzją władz zakonnych ojciec Bartłomiej Czosnek został przeniesiony w listopadzie 1942 roku do Bołszowców, znajdujących się w okresie dwudziestolecia międzywojennego w województwie stanisławowskim (współcześnie rejon iwanofrankiwski w Ukrainie).
W tej naznaczonej bardzo ciekawą, a zarazem dramatyczną historią miejscowości, dotkniętej na przestrzeni wieków najazdami Szwedów, Turków, Kozaków i Tatarów, a także zniszczeniami z czasów I wojny światowej, znajdowało się Sanktuarium Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny, które słynęło z uznawanego za cudowny obrazu Matki Boskiej Bołszowieckiej. Miejscowość swój rozwój zawdzięczała Marcinowi Kazanowskiemu, hetmanowi polskiemu koronnemu, zasłużonemu w licznych bojach toczonych przez Rzeczpospolitą w XVII wieku – okresie, kiedy wzniesione zostało sanktuarium.
Stosunkowo nieodległym sąsiadem ojca Bartłomieja na Kresach Wschodnich był jego starszy o pięć lat brat, Franciszek Czosnek, który na początku 1936 roku wraz z żoną Marią i trzymiesięczną córeczką Marysią zamieszkał w oddalonej o około 60 km od Bołszowców miejscowości Bakowce. Jak wspomina współcześnie pani Maria, jej ojciec kiedyś służył na Kresach w wojsku, dlatego później zdecydował się tam na zakup ziemi. Dom zbudował sam, własnymi rękami i dopiero, gdy był gotowy, ona wraz z matką dołączyły do niego. Chociaż była wówczas małą dziewczynką, pamięta te tereny i przyznaje, że gdyby potrafiła malować, to pomimo upływu ponad osiemdziesięciu lat odmalowałaby je wiernie.
Rodzinne życie państwa Czosnków zawaliło się w lutym 1940 roku, kilka miesięcy po wybuchu II wojny światowej. Kiedy pani Maria miała zaledwie cztery lata, w środku nocy do ich domu przyszli Sowieci, kazali ojcu wsiąść na sanie i wywieźli go do Kraju Ałtajskiego. O jego losie żona i córka dowiedziały się dopiero znacznie później, gdyż przez długi czas nie wiedziały nawet, czy udało mu się przeżyć. Jak pokazała nieodległa przyszłość, naznaczona brutalnym rozdzieleniem niezliczonych rodzin, wywózka Franciszka Czosnka na Syberię została przeprowadzona w ramach pierwszej wielkiej deportacji, po której w ciągu niewiele ponad roku nastąpiły jeszcze trzy kolejne. Ich ofiarą padło kilkaset tysięcy osób.
Atak III Rzeszy na Związek Radziecki, rozpoczęty 22 czerwca 1941 roku w ramach operacji „Barbarossa”, należał do przełomowych wydarzeń II wojny światowej i uruchomił łańcuch zdarzeń, który w decydujący sposób wpłynął na losy Marii Czosnek i jej córeczki Marysi, a także oddalonego od nich o tysiące kilometrów Franciszka. Dla niego oznaczało to konsekwencje polityczne w postaci podpisania Układu Sikorski-Majski – porozumienia przynoszącego tzw. „amnestię” dla obywateli polskich więzionych w ZSRR i umożliwiającego formowanie polskiej armii pod dowództwem generała Władysława Andersa, wraz z którą Franciszek zdołał wydostać się z terytorium Związku Radzieckiego. W tym samym czasie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej narastały nastroje antypolskie, a działalność nacjonalistów skupionych w Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów – frakcja Bandery doprowadziła do powstania Ukraińskiej Powstańczej Armii, co sprawiło, że życie polskiej ludności, w tym Marii i Marysi, znalazło się w realnym zagrożeniu.
Pani Maria dobrze zapamiętała wydarzenie z okresu narastającego niebezpieczeństwa, kiedy ojciec Bartłomiej przyjechał do ich wioski i zaproponował jej mamie, że może zabrać dziewczynkę do klasztoru, gdzie dołoży wszelkich starań, aby zapewnić jej bezpieczeństwo, a jeśli sytuacja na to pozwoli, także edukację. Wspomnienie sprzeciwu matki wobec tej propozycji jest w pamięci pani Marii nadal bardzo wyraźne, ponieważ gdyby wówczas zgodziła się ona na to rozwiązanie, bardzo prawdopodobne, że spełniłoby się najgorsze – to, przed czym stryj tak bardzo chciał ją uchronić. Mama powiedziała: „W głąb Ukrainy nie pojedziesz z nią… Co się z nią będzie dziać, to i ze mną. Chcę widzieć wszystko od początku do końca… – no i chyba dlatego żyję” – takimi słowami dziewięćdziesięcioletnia pani Maria zakończyła ten emocjonalny fragment swojej opowieści.
Matka pani Marii okazała się niezwykle silną kobietą, która dzięki swojej miłości, intuicji i determinacji zdołała ocalić córkę. Najpierw wtedy, kiedy podjęła decyzję, aby nie oddawać jej pod opiekę do klasztoru, a później, gdy pod koniec października 1943 roku wywiozła ją do swojej teściowej, do rodzinnej Bielczy. Był to już czas, kiedy na Wołyniu od kilku miesięcy trwało ludobójstwo przeprowadzane przez ukraińskich nacjonalistów z trudnym do opisania okrucieństwem, a na terenach Małopolski Wschodniej, gdzie mieszkały, zaczęto już dokonywać pierwszych mordów i palić wsie. Śladem tych wydarzeń w pamięci pani Marii pozostały pomarańczowe łuny unoszące się nad palonymi miejscowościami.
Po tym, jak pani Maria pozostawiła niespełna ośmioletnią córkę w Bielczy, powróciła na pewien czas na Kresy. Sytuacja była tam jednak już wówczas tak niebezpieczna, że nie nocowała w domu, który podczas ich nieobecności został splądrowany. Zamordowano także ich psa oraz znajdującego się w gospodarstwie dwuletniego byka. Schronienie znalazła w pobliskim miasteczku, skąd dotarła do Lwowa, a stamtąd pociągiem pełnym ludzi do Tarnowa. W pewną marcową noc 1944 roku była z powrotem w Bielczy, gdzie mogła uściskać swoją córeczkę. Dwa miesiące później szczęśliwie ocalały z sowieckiej niewoli kapral Franciszek Czosnek walczył pod Monte Cassino w 5. Kresowej Dywizji Piechoty wchodzącej w skład 2. Korpusu dowodzonego przez generała Andersa. Pamiątką udziału w tej historycznej bitwie jest Krzyż Pamiątkowy Monte Cassino, który do dziś z wielkim szacunkiem przechowuje jego wnuk – pan Mirosław Bąk.
W czasie, gdy Maria Czosnek robiła wszystko, aby wrócić do swojej córki w Bielczy, z rąk ukraińskich nacjonalistów w Bołszowcach brutalnie zamordowany został ojciec Bartłomiej. Choć w poszczególnych źródłach znajdują się rozbieżności co do dokładnej daty jego śmierci, najczęściej można znaleźć informację, że miała ona miejsce 13 marca 1944 roku. Z opisu tortur przytoczonego w publikacji ks. Józefa Mareckiego „Misterium iniquitatis. Osoby duchowne i zakonne obrządku łacińskiego zamordowane przez ukraińskich nacjonalistów w latach 1939-1945” wynika, że duchowny przed śmiercią był maltretowany. Wyłupano mu oczy, wyrwano język, obcięto uszy. Niektóre źródła podają inne rodzaje tortur, wszystkie jednak jednoznacznie wskazują, że przed śmiercią, którą poniósł w wieku niespełna trzydziestu trzech lat, został poddany niewyobrażalnemu cierpieniu. Jego porzucone ciało miało zostać pochowane przez żołnierzy węgierskich na cmentarzu katolickim. Dokładne miejsce pochówku do dzisiaj pozostaje jednak nieznane.
Chociaż wiele szczegółów dotyczących tej tragicznej zbrodni nadal pozostaje nieodkrytych, nie ulega żadnej wątpliwości, że ojciec Bartłomiej Czosnek był świadom grożącego mu niebezpieczeństwa. Pozostał jednak na swoim stanowisku, aby strzec kościoła i za to poniósł najwyższą cenę. Z informacji zawartych w książce ks. Mareckiego wynika, że kiedy trwały już napady na Polaków w Bołszowcach i okolicach, organizował ich wyjazdy do Stanisławowa, co w tych dramatycznych okolicznościach często oznaczało ratunek przed śmiercią.
Po zakończeniu II wojny światowej kościelne i klasztorne zabudowania w Bołszowcach władze komunistyczne ZSRS przeznaczyły na magazyn zboża i chlew. Obraz Matki Boskiej Bołszowieckiej szczęśliwie jednak ocalał. Został wywieziony do Lwowa, a później do Krakowa. Współcześnie przechowywany jest w kościele św. Katarzyny w Gdańsku.
Po upadku komunizmu sanktuarium w Bołszowcach, znajdujące się na terenie współczesnej Ukrainy, zostało przekazane wspólnocie rzymskokatolickiej. Od 2001 roku opiekują się nim franciszkanie. Dzięki środkom z budżetu państwa polskiego udało się odbudować świątynię, która w 2016 roku została poświęcona przez arcybiskupa lwowskiego Mieczysława Mokrzyckiego, funkcjonuje przy niej także Młodzieżowe Centrum Pokoju i Pojednania.
Choć odbudowa Sanktuarium w Bołszowcach i przywracanie dziedzictwa ojca Bartłomieja to dwa różne procesy, łączy je jedno – obecność ludzi, którzy nie pozwalają, by to, co ważne, zostało zapomniane. Dzięki nim, tak jak w przypadku rodziny księdza Bartłomieja, pamięć może trwać i być przekazywana dalej.
—
foto: Fb PiMBP w Brzesku
PiMBP w Brzesku / IB








