Powódź Tysiąclecia oczami 14-latki z Brzeska

Na apel Informatora Brzeskiego o spisywanie wspomnień z Powodzi Tysiąclecia odpowiedziała Agnieszka Giszterowicz. W lipcu 1997 roku miała 14 lat i mieszkała w Brzesku. Opisała, jak zapamiętała noc, podczas której wezbrana Uszwica zalała część miasta.
Kilka tygodni temu poprosiliśmy Czytelników o przesyłanie wspomnień z powodzi, która w lipcu 1997 roku dotknęła Powiat Brzeski. Chcemy zachować te relacje dla przyszłych pokoleń.
Jako pierwsza odpowiedziała Agnieszka Giszterowicz. W swoim tekście wraca do wydarzeń sprzed 29 lat i opisuje, jak jako 14-latka przeżyła dramatyczną noc na osiedlu przy ul. Robotniczej w Brzesku. Publikujemy jej wspomnienia w całości, zachęcając kolejnych mieszkańców do podzielenia się własnymi historiami, zdjęciami i pamiątkami z tamtych dni.
Dziękujemy Pani Agnieszce za nadesłanie tej poruszającej relacji. Zachęcamy kolejnych Czytelników do przesyłania swoich wspomnień, zdjęć i pamiątek związanych z powodzią z 1997 roku. Dzięki nim wspólnie stworzymy kronikę jednego z najważniejszych wydarzeń w historii naszego regionu.
—
Agnieszka Giszterowicz
Powodzianka.
Wspomnienia z lipca 1997 rokuMiałam 14 lat i trwały bardzo deszczowe wakacje. Odwiedziła nas moja chrzestna matka i miała mnie zabrać na wakacje do siebie, do Kamiennej Góry (na Dolnym Śląsku), podróż wymagała przesiadek we Wrocławiu i Jeleniej Górze, więc obserwowaliśmy w telewizji sytuację powodziową w Polsce, żeby ocenić czy ta podróż w ogóle będzie możliwa. Raz, wieczorową porą, kiedy nie padało poszliśmy na spacer wzdłuż ulicy Pomianowskiej (ja, mama, tata, brat, ciocia, jej wnuk i pies). Na wysokości obecnej restauracji „Piotruś Pan” obserwowaliśmy ogromny poziom wody w korycie rzeki Uszwica, a potem, nieco dalej, wypełniony błotnistą wodą rów biegnący wzdłuż ulicy Pomianowskiej za młynem, na wysokości działek rekreacyjnych. Woda była wysoka, ale nie baliśmy się, tylko pies był niespokojny, więc postanowiliśmy zawrócić ze spaceru. W drodze powrotnej zobaczyliśmy ludzi wynoszących w pośpiechu różne rzeczy ze swoich domów położonych na tzw. Zamłyniu. Przyspieszyliśmy kroku, żeby wrócić do domu na ul. Robotniczej. Raczej asekuracyjnie, a nie z całą pewnością nadchodzącego niebezpieczeństwa. W okolicy nie było widać żadnych służb, nie słychać było syren, nie przejeżdżał żaden samochód, którego kierowca miałby nas poinformować o czymkolwiek. Wiadomo, nie było smartfonów, więc nie było też dostępu do amatorskich filmików, ani postów na „X”. To co mogliśmy sobie wyobrażać, całe to niebezpieczeństwo, mogło jedynie pochodzić z tego co widzieliśmy w telewizji odnośnie do sytuacji Górnego Śląska.
Wróciliśmy do domu, a tata stwierdził, że jeszcze wyjdzie na zewnątrz i na wszelki wypadek przywiąże liną do drzewa zaparkowany pod blokiem samochód, żeby ten, jeśli będzie porwany przez wodę, nie spowodował większych/innych strat rozbijając się o czyjeś ogrodzenie, dom, drzewo lub inny samochód. Tacie pomagał brat, zabrali ze sobą psa, kiedy wracali pies bardzo panikował, bo woda sięgała już po kostki i nie były to miejscowe „kałuże”, ale szeroka fala idąca od strony Uszwicy i ulicy Pomianowskiej. Chwilę po tym, przez okno widzieliśmy przechodniów idących ulicą Robotniczą w kierunku osiedla Browarna, woda sięgała już do kolan i była bardzo błotnista i rwąca. Ci ludzie na szczęście zdecydowali się po drabinie wejść przez okno do mieszkania sąsiadów na parterze i tam przeczekali noc (albo samą falę?). Woda napierała już tak mocno, że nie dało się otworzyć drzwi do klatki schodowej. Zaraz potem, porwała w kierunku łąki (teren dzisiejszych marketów, McDonald’s itd.) samochód sąsiada, który zwykle parkował wzdłuż ulicy. Obserwowaliśmy tę błotnistą falę raz z okien, raz z balkonu.
Wody przybywało szybko, zatapiała wszystko i huczała. Najbardziej zapamiętałam właśnie jej tempo i huk. Trudno znaleźć odpowiednie słowo: strach, przerażenie, panika, wszystko na raz. Najgorsza była niewiedza jak wysoka ta fala może być, kiedy ta woda przestanie przybierać, czy powódź zakończy się na parterze i wtedy wszyscy sąsiedzi będą musieli przenieść się do nas (każdy był gotowy służyć pomocą), czy na pierwszym piętrze (wtedy wszyscy mieszkańcy musieliby przenieść się na strych), czy na strychu, czy na dachu… Mogliśmy sobie jedynie wyobrażać, że w nienajgorszym wypadku uciekniemy na dach budynku i stamtąd nas ktoś zdejmie tak jak to było pokazywane w telewizji. Albo przynajmniej podpłynie z chlebem, który będziemy musieli odkupić (z telewizji znane były przypadki, że niektórym powodzianom pozbawionym wszystkiego dostarczano chleb i żądano za to dużej zapłaty). Brat, stojąc na balkonie, zrobił zdjęcie samochodu przywiązanego do drzewa. Podobne ujęcie, z ptasiej perspektywy, zobaczyła w telewizji moja siostra mieszkająca w Krakowie. Wiedziała, że to nasze auto, i że fala przechodzi przez nasze osiedle, ale nie mogła się niczego dowiedzieć, bo telefony nie działały, musiała czekać na wieści z telewizji lub na pierwszy telefon od nas.
Nie pamiętam helikoptera, nie pamiętam żeby wyły syreny, nie pamiętam, żeby ktoś mówił przez megafon do zagrożonych mieszkańców, nie pamiętam żeby ktoś wcześniej informował co może się stać… Czy wspominano o ewakuacji?; czy prognozowano jak wielka może być fala?; czy pouczano co trzeba w razie niebezpieczeństwa robić?; czy kazano wcześniej gromadzić zapasy żywieniowe?… Mam wrażenie, że mieliśmy tylko telewizor, własną wyobraźnię, pomoc sąsiedzką i nic więcej. Woda huczała przez kilka godzin dopóki nie „przelała się” przez łąki i obwodnicę na „drugą stronę”, tj. ul. Osiedlową, 19. Stycznia, itd.). Pamiętam, że w pewnym momencie moja chrzestna „zarządziła” wspólną modlitwę i pamiętam, że to była pierwsza sytuacja w moim życiu kiedy podeszłam do niej z tak wielką powagą i potrzebą. Miałam pewność, że „Pod Twoją Obronę…” to była NAPRAWDĘ jedyna „rzecz”, którą można było zrobić. Żywioł znany tylko z telewizji, książek albo gazet stanął nam przed oczami, zawłaszczył WSZYSTKO i huczał.
Rano nie było już wody na naszym osiedlu, był szlam. Siatka ogrodzeniowa wzdłuż ulicy była nim gęsto utkana i wyglądała jak solidny błotny mur poprzetykany kolorowymi elementami (śmieci płynące w wodzie). Wszyscy zaczęli sprzątać (domy, piwnice), wynosić zalane sprzęty, wyrzucać zniszczone rzeczy, próbowali naprawiać zalane samochody. Okazało się też, że jeden z sąsiadów całą noc siedział na szafie podczas gdy fala powodziowa przelewała się przez jego dom. Nasz samochód, Fiat 125p, chociaż był całkowicie przykryty wodą w trakcie powodzi, a potem wypełniony szlamem, po wyczyszczeniu i naprawach jeździł dalej 🙂 Sąsiadom powódź „przyniosła” psa (przypłynął z wodą na jakichś wyrwanych drzwiach jak na tratwie) i żył on z nimi długo i szczęśliwie.
Z perspektywy czasu oceniam powódź w Brzesku jako wielką tragedię. Nikt nie zginął, ogólne straty materialne (tak to nazwijmy) w najbliższym otoczeniu nie były tak ogromne jak w innych miejscach. Ale… tego huku wody, tego widoku wody niemającej granic, tego poczucia totalnego zagrożenia, i tego braku wyobrażenia co może wydarzyć się za chwilę, nie da się zapomnieć. Jestem naukowcem, wykładowcą akademickim, uczestniczę w wielu konferencjach i od czasu do czasu zdarza mi się przysłuchiwać różnym znawcom i ich wystąpieniom o katastrofach naturalnych i ich skutkach. Nie mam wątpliwości, że to co spotkało moje rodzinne miasto i jego mieszkańców było katastrofą. W tej katastrofie nie chodzi tak naprawdę o porównywanie ilości wody, ilości dni przechodzącej fali powodziowej czy kalkulacje strat materialnych. Chodzi o tamten wieczór, tamtą noc, tamto przeżywanie strachu i niepewności przez ludzi młodszych (jak ja wtedy) i starszych, bojących się przecież na różne sposoby, bojących się o różne rzeczy. Nie pielęgnowałam specjalnie tej pamięci. Sama jestem zaskoczona, że pamiętam to wszystko tak „zupełnie mimochodem”…
—
foto: Agnieszka Giszterowicz – archiwum prywatne / zdjęcie nadesłane
Agnieszka Giszterowicz / IB







