Religia

Obrączka to nie GPS ani kula u nogi – czwarta edycja „Wieczorów dla Zabieganych”

W brzeskiej parafii Miłosierdzia Bożego odbywa się czwarta edycja „Wieczorów dla Zabieganych”. Tym razem ma ona formę spotkań otwartych dla wszystkich oraz transmitowanych. Podczas ostatniego wieczoru, który się odbył w piątek 26 lutego, Anna i Jan Kiełbasowie z Tarnowa dzielili się świadectwem swojego życia. Opowiadali o budowaniu swoich osobistych relacji z Bogiem, przekonując, że nawet sumienne wypełnianie praktyk religijnych to jeszcze nie wiara. Snuli opowieść o swoim wspólnym życiu, aby wlać nadzieję w serca słuchających, że małżeństwo może się udać i być trwałe. Przywołali nieubłagalne statystyki w tym względzie. Mówili, że obecnie rozwodzi się co trzecie małżeństwo w Polsce, ale na swoim przykładzie pokazali, że wcale nie musi tak być.

Oboje wywodzą się z wielodzietnych rodzin, sami marzyli, by stworzyć dużą rodzinę z piątką dzieci. Zawsze oboje pragnęli, by ich dom był otwarty, do którego każdy może przyjść. Poznali się na rekolekcjach ignacjańskich. Dziś mają 22-letni staż małżeński i 3 synów – Jakuba (20 l.), Franciszka (16 l.) i Antoniego (8 l.).

Przekonywali, że poznawanie siebie w małżeństwie to proces, który nigdy się nie kończy. Ciągle potrafią siebie zaskakiwać, odkrywać.

– I w tym widzę nadzieję na to, aby małżeństwa były udane i dawały szczęście obojgu małżonkom – mówił Jan, zachęcając małżeństwa przede wszystkim do dialogu, który nie polega na przekazywaniu sobie informacji, ale jest wynikiem chęci poznawania drugiej osoby, tego, co się dzieje w środku człowieka, z którym dzielimy życie.

Zwracał też uwagę na sposób komunikacji. Zmiana języka już potrafi otworzyć furkę do rozmowy, a nie oskarżania siebie. Zamiast więc mówić „zirytowałaś mnie”, warto powiedzieć: „czuję się zirytowany”.

Dowodzili, że poznawanie różnic między sobą prowadzi do zrozumienia siebie nawzajem. I nie chodzi jedynie o fizyczność, cielesność, ale różnice w odbieraniu świata, w temperamencie. Dla ich ukazania posłużyli się przykładem obrazującym mózg mężczyzny i kobiety. Panowie mają w głowie pudełka od wszystkiego – od małżeństwa, dzieci, samochodu, wolnego czasu, nawet i takie, które nazywa się „nicnierobieniem”, a panie z kolei mają w głowach kabelki, dzięki którym mogą łączyć różne zajęcia. Przekonywali, że właśnie dzięki tym różnicom się dopełniają, tworzą całość. Nie byliby tacy sami bez siebie.

Dlaczego według nich tak wiele małżeństw się sypie?

– Wydaje mi się, że powodem może być to, iż w pewnym momencie przestaje się chcieć walczyć o miłość, że przyzwyczajamy się tak bardzo do tego, że obok jest mąż czy żona, że zupełnie przestajemy zwracać uwagę na to, co zrobić, żeby ta druga osoba była ze mną szczęśliwa, a miłość według mnie polega na tym, że wstając każdego dnia rano chcę być dla swojego męża najlepszą możliwą wersją siebie – mówiła Ania. – I to nie chodzi tylko o makijaż, ubranie, fryzurę, ale o bycie lepszym człowiekiem, bo to, co mogę najlepszego dać swoim synom, to to, że jestem dla ich taty dobrą żoną, to, że mogą wzrastać w domu, w którym czują się bezpiecznie – tłumaczyła.

Jak dbać o miłość?

– To bardzo proste i prozaiczne sprawy. Głupi kwiatek, panowie, potrafi sprawić naprawdę wiele radości, jeśli jest kupiony przy sobotnich zakupach, a nie w dzień rocznicy ślubu czy urodzin. Po 5, 10, 15 latach małżeństwa da się zorganizować życie tak, żeby wyjść na randkę tylko we dwoje, do kina, wyjechać i spędzić tylko ze sobą czas – przekonywała Ania.

Jan apelował, by nie odstawiać bliskości małżeńskiej na boczny tor. Przekonywali, że dostrzeganie swoich potrzeb, marzeń, słuchanie siebie i wychodzenie sobie naprzeciw w niewielkich sprawach sprawia, że druga osoba czuje się ważna i kochana. Także zmiana sposobu myślenia o małżeństwie już wiele może w nim zmienić.

– Obrączka to nie GPS ani kula u nogi, ale przypomnienie, że ktoś cię kocha, że ten ktoś ślubował ci przed Panem Bogiem, że będziecie szli razem dopóki śmierć was nie rozdzieli, bez względu na to, co w życiu się przydarzy. Czasem jedno musi ciągnąć drugie, potem zmiana, ale na tym polega wspólne życie – mówili.

I choć wszystko to nie sprawi, że życie stanie się sielanką, a problemy i trudne chwile także ich nie omijają, to jednak nigdy nie przyszło im do głowy, żeby się rozwieźć.

– Rozwód to słowo, które w przestrzeni naszego małżeństwa nie funkcjonuje, bo i dla mnie, i dla Janka Pan Bóg jest zbyt ważny, żebyśmy mogli złamać dane przed Nim słowo – zauważyła Ania.

Nie rozwiedliby się także ze względu na dzieci, które są dla nich darem od Boga.

– Zauważmy, że w Kościele nie ma sakramentu rodzicielstwa, ale jedynie sakrament małżeństwa i to na właśnie tej relacji nasze dzieci mogą się oprzeć – tłumaczył Jan.

Przekonywali, że to, czego dzieci potrzebują od swoich rodziców, to czas i bliskość, bo w ten sposób mogą oni im dać korzenie i skrzydła. Janek opowiadał o chwilach spędzonych z synami na wspólnej zabawie, wyjściach z domu, rozmowach. Ania z kolei dba o zapach dzieciństwa swoich dzieci. W dużych tekturowych pudełkach dedykowanych każdemu z osobna skrupulatnie gromadzi historię ich życia, począwszy od testu ciążowego, pamiętnik pisany dla każdego z osobna, kosmyk włosów z pierwszych postrzyżyn, po pamiątki z chrztu, Komunii czy bierzmowania.

– Każdy z synów ma swoje pudełko, które otrzyma, kiedy skończy 18 lat. Pierwsze pudło ofiarowaliśmy dwa lata temu i to było niesamowite przeżycie dla mnie, jako mamy, patrzeć na swojego 18-letniego syna, kiedy wyciąga z pudełka test ciążowy, na którym nadal po 18 latach są dwie kreski i ze łzami wzruszenia mówi: „To moje pierwsze zdjęcie”. To coś niesamowitego. Twórzmy historię swoich dzieci – zachęcała Ania.

Przekonywali, że kiedy dzieci są świadkami kłótni rodziców, to powinni też zobaczyć, jak się godzą i przepraszają, proszą o wybaczenie.

– „Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce” – radzili słowami z Pisma Świętego. – Bez względu na to, jak układa się dzień, staramy się z Jankiem nie kłaść się wieczorem do łóżka niepogodzeni. Dlaczego? Bo tak naprawdę nikt z nas nie wie, czy się rano obudzi, a ja nie potrafiłabym żyć z świadomością, że ostatnie słowa, jakie powiedziałam do ukochanego, zraniły jego serce – mówiła Ania.

Oboje też mówili, czym dla nich jest wiara. Opowiadali o Szkole Nowej Ewangelizacji – wspólnocie, w której posługują. Zachęcali małżonków, by znajdowali takie wspólnoty dla siebie, gdyż pomagają wzrastać.

BEATA MALEC-SUWARA /FOTO GOŚĆ

Pokaż więcej
Back to top button
Rozmiar czcionki
Włącz kontrast